Teksty Blachnickiego – Pamiętniki

Na początku nadmienię pewną ważna (jak na mój gust) sprawę – na spotkaniu diakonii wyszedł pomysł, żeby referować teksty Blachnickiego, bo zdecydowanie brakuje go w naszym ruchu. I zanim zostanę oskarżony o oszczerstwa i co bardziej ochoczy zabiorą się do wiązania stryczka to wyjaśniam – myśl Blachnickiego jest gdzieś tam w większości konspektów, ale jest też zbyt wielokrotnie przetworzona, żeby mieć na ich podstawie więcej niż mgliste pojęcie o księdzu Franciszku Blachnickim. Jeśli chodzi o mnie to ojciec Oazy przestał być dla mnie jedynie co jakiś czas przewijającym się nazwiskiem dopiero na KODA. Nieco za późno, co? 6 lat formacji i wiedziałem o tekstach, ideologii i przekonaniach Blachy tyle co nic.

Dobra, ale co w związku z tym?

Nieśmiałe ciekawostki biograficzne księdza mamy już za sobą (i nie chodzi o to, że przestaną się pojawiać!). Teraz trochę referowania/podrzucania tekstów. To tak słowem wyjaśnienia.


 

Kiedy dostaję do pisania artykuł, to – jak każdy człowiek z godnością i rozumem (to moje nowe ulubione sformułowanie) – zaczynam od zbierania (a w tym przypadku wybierania) materiałów. I już tutaj zaczęły się schody. Jakieś dwa miesiące temu na fb w kręgach RŚŻ pojawiła się akcja „Idzie luty, czytaj Blachnickiego”, podczas której zdążyłem się skutecznie zrazić do mowy pisanej wymienionego autora, który – co tu dużo mówić – nie pisze najprzystępniejszym językiem na świecie. Stąd też, kiedy dostałem swój przydział na ten wpis możecie sobie wyobrazić, że daleko było mi do skakania z entuzjazmu. Z jednodniowym opóźnieniem kartkowałem właśnie pamiętniki Franciszka zebrane w zeszycie „Trzy Nawrócenia”, uprzedzony doń jeszcze zanim skończyłem czytać przedmowę. I wtedy trafiłem na jeden wpis, który tak przykuł moja uwagę, ze postanowiłem go tutaj wrzucić.

 

9 maja 1950 r.
Uświadamiając sobie swoją nędzę doświadczam zarazem swej
straszliwej niemocy. Moje skażenie stoi przede mną niewzruszone -
jak kłoda, jak skała twarda, o którą rozbijają się wszystkie moje wysiłki.
Straszna jest ta niemoc upadłego człowieka. Człowiek widzi w sobie
zło i nie chce go - a ono siłą nieprzepartą ciągnie go za sobą - nie
pytając o zgodę. Przez lata cale walczy człowiek z jakąś wadą - a ona
trwa nieporuszona. Tej niemocy straszliwej doznając w sobie - i widząc ją
w innych ludziach i w świecie całym. Widząc jak ludzie po kilku latach
seminaryjnego życia z całym mnóstwem łask i wysiłków wychowawczych
wychodzą z niego z tymi samymi wadami z jakimi przyszli.
I potem wloką je ze sobą poprzez cale Zycie - na utrapienie i zgorszenie bliźnich
Na widok tej straszliwej słabości i niemocy budzi się w duszy
uczucie buntu. - Ale teraz już wiem, ze bunt przeciwko niemocy, tra-
pienie sic z tego powodu - to większe zło niż słabość i skażenie i nie-
moc w jego zwalczaniu. - Albowiem w niemocy i słabości naszej wyra-
ża sic wola Boża. Właśnie o to chodzi, abyśmy do samego dna do-
świadczyli swej niemocy, abyśmy całkowicie zwątpili w siebie - i uwie-
rzyli w moc Bożą. - W oczach Boga lepszą rzeczą jest ludzka niemoc
i słabość niż czysto ludzka doskonałość i powodzenie. Albowiem pierw-
sze rodzi pokorę i ufność - każe opierać się na Bogu - drugie rodzi
pychę i pragnienie samowybawienia. Ileż razy już pojąłem tę naukę -
a jednak ciągle jeszcze tkwi we mnie i wychodzi ze mnie - duch
buntu, wiara w siebie i pragnienie osiągnięcia czegoś z siebie i dla
siebie. Ale to jest rzeczą najoczywistszą - że nie ruszę na krok z miejs-
ca - póki nie skapituluję absolutnie i nie zwątpię całkowicie w siebie.
- Zwątpienie w siebie - to jedyny klucz postępu ku doskonałości.

Wyjątkowo nie chcę oszpecać tego wpisu zbędnym komentarzem, więc napiszę jedynie, że Blachnicki pisze w czasach swojego diakonatu nieco przewrotnie. Szczególnie zbija mnie z tropu ostatnie zdanie, które idealnie wpisuje się w podsumowanie. Biorąc pod uwagę to, że lubię poczytać sobie Ayn Rand pod kołdrą to działa tym skuteczniej.

Advertisements