Wędkowanie za obiektywnością

„Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” – To słowa z Księgi Rodzaju, które Bóg skierował do Adama i Ewy zaraz po tym jak zwieńczył kreację wszechświata stworzeniem tych dla których został on przeznaczony – ludzi.

Staroszkolna obróbka metalu

Przykład oldschoolowej obróbki metalu w celu nadania mu nowych właściwości

Zgodnie z Bożą wolą świat pełen jest rzadkich zasobów, które człowiek od zarania dziejów dowolnie przetwarza, nadając im większą wartość, a następnie wymienia z innymi ludźmi dla obopólnej korzyści. Materiały te po wielokrotnej obróbce w niczym niemal nie przypominają surowców z jakich pochodzą. Na przykład kwarcem w formie naturalnie występującej w przyrodzie można co najwyżej trzepnąć kogoś w głowę, a i to z marnym skutkiem, bo jest dosyć kruchy. Dopiero po (bardziej lub mniej) skomplikowanej obróbce można go wykorzystać w detergentach, pastach do zębów, jubilerstwie, czy do wyrobu ekranu, na którym właśnie czytasz ten artykuł. Produkt taki jest niepowtarzalnym owocem jego twórcy, na którym odcisnął on swoje piętno (jeśli nie dosłownie to przez sam pomysł czy formę wykonania) i zmienił jego wygląd, cechy i właściwości.

Nie inaczej jest z informacją. Z tą jednak różnicą, że ta nie jest dobrem rzadkim, a nieskończonym. Można ją dowolnie kopiować, odbierać, zapisywać, modyfikować bez naruszania materiału źródłowego, a nawet tworzyć informację z niczego. I jeśli dostęp do niej nie jest specjalnie ograniczony to zniszczenie jej jest niemal niemożliwe. Ta właśnie łatwość w obróbce informacji sprawia, że spotkanie jej w nienaruszonej formie jest tak łatwe i częste jak spotkanie wolno żyjącego słonia indyjskiego w Radomiu, który mimo, że jest dziwnym miastem to jednak na pewno nie obfituje w słonie. Tym bardziej indyjskie.
Gdy na przykład: mechanik chce w jakiś sposób udoskonalić silnik musi cofnąć się w procesie jego obróbki, wymieniając materiały jakich użyto do jego produkcji, zmieniając jego konstrukcję czy też modyfikując go na inny sposób. Nie wystarczy dopisać na nim „+1” (Chociaż Apple dokładnie w taki sposób wydaje nowe generacje Iphone’a). Natomiast słysząc wiadomość o epidemii wirusa eboli w Afryce, wystarczy przekazać ją dalej, zmienić przedrostek „epi” na „pan”, dodatkowo wspominając o pozostałych 5 kontynentach i podać do opinii publicznej, aby nieco niepokojącą informację przekształcić w masową histerię. Jednak działanie na podstawie fałszywych informacji jest jak jazda na zatartym silniku. Pod górę. I na oblodzonej nawierzchni.

Po co jednak ta przydługa historia o informacji i produktach? Ano po to, że aby otrzymać rzetelną wiadomość również trzeba cofać się w procesie jej tworzenia i szukać źródeł, bo tylko tak można stwierdzić czy jest prawdziwa, czy zmyślona.
Nie bez powodu ten wpis ukazuje się akurat 3 dni po Marszu Niepodległości, wokół którego co rok wybuchają gorące jak płonąca tęcza emocje i spory o obiektywność mediów, a nad akapitem wyżej wisi konkretny kadr z klasyki polskiego kina.

Zanim zacznę pisać o tym jak wyborcza, TVN i inne media krzywdząco przeinaczają obraz Marszu i powinny się znaleźć w odnowionym wydaniu Indeksu Ksiąg Zakazanych to warto nadmienić jedną rzecz. Każde, ale to każde media są stronnicze, jeśli chcą zyskać sympatię konkretnej grupy odbiorców, a co za tym idzie – ich oglądalność/poczytność, tudzież ogólnopojęty pieniądz. Tyczy się to zarówno tych tytułów, które dostały antyreklamę kilka linijek wyżej jak i takich stacji jak TV Trwam, która przecież również ma swój target i przekazuje konkretnie dobrane informacje dla konkretnej grupy odbiorców. Czasem jednak w interesie niektórych z nich leży pokazanie sprawy w obiektywnym świetle. I tu właśnie wracamy do Marszu Niepodległości, którego cała długość była relacjonowana na żywo przez kamery Trwam (tutaj wielkie ukłony), podczas gdy większość stacji, wedle dewizy „najlepszym kłamstwem jest to, które ociera się o prawdę” tworzyła obraz marszu jako konkursu rzutu cegłówkami w tylko-wykonującą-swoje-obowiązki policję oraz ogólnie pojętych bójek i zamieszek, skupiając się na setce policyjnych prowokatorów i narwańców, którzy wyskoczyli z tłumu, dając Smutnym Panom (oddziałom policji) pretekst do rzucania granatami hukowymi, pałowania kogo popadnie i spryskania całej demonstracji gazem łzawiącym. Wszystko, czego było potrzeba, by zamienić 100-tysięczny (pod względem osób) marsz ludzi z każdych środowisk (rodzin z dziećmi, studentów, emerytów, kibiców, grup rekonstrukcyjnych i całej gamy Polaków) którzy mają dosyć podległości, o jakiej pisałem w poprzednim artykule w kominiarkowe Mortal Kombat to konkretne ujęcie kadru.
A wiem co piszę, bo pomimo licznych nieprzyjemności, jakie tego dnia starała się mi i wszystkim uczestnikom zapewnić policja to już kolejny raz szedłem w Marszu Niepodległości i miałem okazję widzieć go na własne oczy.

Jaki więc z tego morał? Jeśli chce się uzyskać rzetelną wiedzę to trzeba docierać do źródeł i samemu rozbierać je na czynniki pierwsze, oceniając, co w otrzymywanych niusach jest prawdą, a co jest już interpretacją. To właśnie wątpliwość w przyjmowane informacje pozwoliła obalić teorię geocentryczną, czy na Kościelnym podwórku – ostatecznie zweryfikować ewangelie i apokryfy. Niby banał, ale sporo osób o tym zapomina.

Reklamy