Niepodległość z punktu widzenia młodego człowieka

Artykuł pojawi(ł) się również w listopadowym numerze „Czeka Nas Droga” – miesięcznika ruchu Światło-Życie diecezji radomskiej. Serdecznie polecam.

Główny bohater "Walecznego Serca" w reżyserii Mela Gibsona.  Jak pokazało ostatnie referendum na wyspach Szkotom niewiele zostało z głodu wolności rodem z "Bravehearta"

William Wallace – główny bohater „Walecznego Serca” w reżyserii Mela Gibsona. Jak pokazało ostatnie referendum na wyspach Szkotom niewiele zostało z głodu wolności rodem z „Bravehearta”

Niepodległość – czterosylabowy wyraz, idea w imię której ludzie od początków pisanej historii przelewali krew. Zarówno swoją, jak i cudzą. Dla nas, Polaków szczególnie ważna i nie muszę tego tłumaczyć komukolwiek, kto ma chociażby mgliste pojęcie o ostatnich 200 latach historii narodu Lecha. W końcu idea nierozerwalnie powiązana z wolnością, a będąc członkiem diakonii wyzwolenia nie mogę nie postawić sobie za punkt honoru wrzucenia tutaj swoich trzech groszy.

Jak więc wygląda niepodległość oczami młodego człowieka?
Szkoda, że aby napisać coś obiektywnego na ten temat, wypadałoby dać dojść do słowa młodemu człowiekowi żyjącemu w niepodległym państwie. Pech chciał, że osobiście nie znam nikogo takiego,  a i sam nie jestem wyżej wymienionym stworzeniem. I bynajmniej nie chodzi o to, że jestem stary (bo mam ledwo 18 lat).
Dlaczego uważam, że wynoszona na piedestały niepodległość to w naszym państwie bajka, którą z powodzeniem można włożyć gdzieś między „Brzydkie Kaczątko” Andersena a „Baśnie braci Grimm”? Żeby odpowiedzieć na to pytanie warto byłoby najpierw znaleźć wytłumaczenie czym tak właściwie jest niepodległość.

Słownik Języka Polskiego definiuje niepodległość w następujący sposób: „niezależność państwa w decydowaniu o sprawach wewnętrznych i stosunkach zewnętrznych; suwerenność”. Pozwólmy sobie na dalszą wycieczkę: „suwerenność – 1. zdolność do samodzielnego, niezależnego od innych podmiotów, sprawowania władzy nad określonym terytorium, grupą osób lub samym sobą; 2. posiadanie władzy zwierzchniej”.

Skąd więc pomysł, że nie jesteśmy niezależni jako naród? Czy Polacy sami nie decydują o swojej polityce? Nie. I pominę tutaj wątek demokracji parlamentarnej – którą uważam za absurd i grzech śmiertelny. Ktokolwiek, kto interesował się polityką, dobrze wie, że od kiedy Polska wpadła w czułe objęcia Unii Europejskiej nie jest już żadnym suwerenem. „Zaraz!” – ktoś z was zakrzyknie – „Przecież mamy własną reprezentację w europarlamencie! Możemy sami o sobie decydować!”. To prawda, mamy tam różnego rodzaju posłów, którzy balują na całego „za hajs podatnika”, żywiąc się absurdalnie wysokimi dietami.
Jednakże nasze losy są tak samo w ich rękach, jak w rękach polityków z innych państw Unii, które mają inne interesy narodowe niż My, a decyzje zapadające w parlamencie europejskim są egzekwowane na nas. To trochę tak jakby toczyć partię szachów, w której Twój przeciwnik może w dowolnej chwili zmienić położenie Twoich pionków. Absurd? Oczywiście, że tak. To jednak teoria. Jak wygląda praktyka? Z jednej strony jesteśmy jednym z państw, które otrzymuje najliczniejsze subsydia od UE, z drugiej jednak z politycznego podmiotu zamieniamy się w przedmiot.
Ostatnimi czasy zostaliśmy zmuszeni do nałożenia na Rosję sankcji – która w zamian odpowiedziała tym samym – ponadto Unia interweniuje w naszą energetykę, a regulacje z Brukseli decydują o tym jakie mięso można u nas sprzedawać, a jakie nie, jakimi żarówkami mogę oświetlać swoją łazienkę, a jakimi nie. Obowiązują nas limity na produkcję mleka, cukru, chmielu, emisję CO2 itd., za przekroczenie których musimy płacić w setkach milionów. „Europejskie” wymagania skutecznie komplikują nowym firmom wejście na rynek, w większości uzależniając je od dotacji – co za niespodzianka – unijnych. Można dyskutować na temat opłacalności sprzedaży swojej wolności za pieniądze, jednak niezaprzeczalnym faktem pozostaje to, że Polska przypomina bardziej prowincję imperium (które mało ma wspólnego z dumnym, starożytnym Rzymem) niż suwerenne państwo.

Marsz Niepodległości w Warszawie - najlepszy sposób na celebrowanie 11 listopada.

Marsz Niepodległości w Warszawie – najlepszy sposób na celebrowanie 11 listopada.

To by było tyle jeśli chodzi o nie-do-końca-zewnętrzną niepodległość Polski. Jak ma się natomiast sprawa w obrębie naszych czterech ścian? Czy jako obywatele Lechistanu możemy czuć się wolnymi, suwerennymi ludźmi, czy też państwo zaciska na jednostkach obrożę do tego stopnia, że w polskim społeczeństwie bardziej pasowałoby określenie „poddani” niż „obywatele”?
Tutaj znów – można się kłócić co do słuszności ograniczeń i regulacji gospodarczo-społecznych. Wiem natomiast, że za spalenie pieniędzy, które wydawałyby się, że są moją podstawową własnością, grozi kara pozbawienia wolności. Jak widać, do końca moją własnością nie są, skoro można mnie ukarać za nieodpowiednie ich traktowanie. (To czemu ktoś miałby palić pieniądze to temat na dłuższą rozmowę.)
Skomplikowane przepisy prawne pozwalają na ewentualne spałowanie mnie przez policję i zadomowienie w areszcie pod byle pretekstem (pozdrawiam pechowców z Marszu Niepodległości), tudzież skuteczne uszczuplenie mojego portfela przez Urząd Skarbowy, nadzwyczaj kreatywny w tej kwestii (wysyłanie upomnień na stary adres zamieszkania, niewyrównywanie nadpłat z niedopłatą to tylko przykłady na jakie trafili znani Mi ludzie).
Inwigilacja znana z czasów PRL nie zniknęła, a jedynie ewoluowała i nieco złagodniała. To akurat znam z autopsji. Za podróż na Marsz Niepodległości w poprzednim roku zostałem zatrzymywany 4 razy w drodze do Warszawy, spisany 2, a i mój plecak nie uniknął przeszukania. To i tak nic w porównaniu z obecnymi nieprzyjemnościami niektórych z organizatorów wyjazdów na Marsz. Mój znajomy jeszcze kilka miesięcy temu otrzymał wezwanie na komendę z powodu zamówienia naklejek z napisem „Nie dla islamizacji europy”. Wolność słowa to mrzonka, kiedy za przedstawianie swojego światopoglądu można dostać wyrok sądowy (vide Tomasz Czapla, strona antykomor.pl itd. Przykłady można mnożyć w nieskończoność).

Wobec tego wszystkiego pytanie Mnie jak widzę niepodległość jest jak pytanie ślepca o kolor jego butów. Możliwe, że będzie wiedział, ale na pewno sam tego nie zauważy. Być może starsi czytelnicy – szczególnie Ci, którzy dobrze pamiętają czasy i schyłek PRL – będą mieli mi za złe ton mojej wypowiedzi, bo przecież nie pamiętam JESZCZE gorszych czasów. Nie uważam jednak by takie podejście w jakikolwiek sposób usprawiedliwiało brak krytyki dla współczesnej, nieco bardziej wyrafinowanej podległości w jakiej przyszło mi żyć.
Dla podsumowania artykułu idealnie nadaje się historia godła Polski z poprzedniego stulecia. W 1927 orzeł zamienił koronę zamkniętą krzyżem – symbol suwerenności, na otwartą (i kilka błędów heraldycznych). Później na chwilę ją stracił, aby następnie znów otrzymać niby-królewską, ale tak na prawdę poddańczą godność.

Advertisements